14 grudnia 2017

ZERO WASTE LILIANA*



Co to jest zero waste lifestyle?

Tytułem wstępu jeśli jeszcze jest ktoś kto nie wie, krótko wyjaśnię: zero waste (po polsku zero marnowania) to najogólniej mówiąc bardzo na czasie styl życia, w którym ogranicza się produkcję śmieci (czyli odpadów nienadających się do domowego recyklingu) do minimum. Zaczęło się chyba od Bei Johnson, która w 2006 roku postanowiła rozpocząć razem ze swoją rodziną życie bez śmieci. Potem ten pomysł przerodził się zupełnie przypadkowo w intratny biznes i rozpełzł się po całym świecie. Pomysł świetnie wpasował się w modę na minimalizm. A może jednak nie do końca?

Kto żyje perfekcyjnie zero waste?

No jak to kto? No każdy kot wrzuca na Instaram hasztag zerowaste. A tak serio (bo to przecież wpis na serio) - podejrzewam, że nawet ludzie, który posiadają bardzo mało i bez przerwy borykają się z brakiem pieniędzy i tak pozbywają się niepotrzebnych, zniszczonych rzeczy=generują więcej niż słoik odpadków rocznie na 4 osobową rodzinę. Chyba, że mówimy o kimś, kogo stać na prowadzenie właśnie takiego życia. Celowo użyłam słowa stać, bo komuś kto poświęci większość cały swój czas na zmniejszanie do minimum produkcji śmieci m.in. wybierając z odpadów te organiczne na kompost i wyda spore pieniądze na sprzęty pozwalające m.in. filtrować deszczówkę na wodę zdatną do picia (odpada problem plastikowych butelek po wodzie) nie wystarczy już czasu na 10 godzinną pracę zarobkową.  
Co więcej, uważam, że nie ma to większego sensu. Tak jak w przypadku podobnych nurtów, cała filozofia sprowadza się do tego, żeby uświadomić ludziom jak bardzo potrzebują różnych sprzętów - oczywiście z milion monet, które są niezbędne do dbania o środowisko i bycia zero waste. W takich sytuacjach pojawiają się takie wspaniałe innowacyjne wynalazki jak np. ściereczka do mycia twarzy wodą (klik) oraz rewolucyjne odkrycie, że odpady organiczne można kompostować i przerabiać na nawóz (klik). Serio, nie wiedzieliśmy wcześniej o tym, że tak można? A może po prostu dopóki nie było to modne to nikt nie lubił i nie chwalił się grzebaniem w śmierdzących odpadach?
Idę z mainstreamem, choć nie chcę

Przyznam, przemknął mi kiedyś przez myśl np. pomysł na pocięcie plastikowych reklamówek, zrobienie z nich włóczki i stworzenie z niej niepotrzebnych w domu koszyków na cokolwiek, tylko po to żeby pozbyć się wyrzutów sumienia. Czas poświęcony na krojenie plastiku byłby jakby zadośćuczynieniem za notoryczne zapominanie o torbie z taniny na zakupy. Ktoś kto mnie lepiej zna (albo pamięta ten wpis na fb) zrozumie, że naprawdę pęka mi serce, kiedy przy kasie przypominam sobie, że torba została przy drzwiach na wieszaku a ja muszę uszczuplić moje konto w banku o kolejne 8 groszy na kawałek śmiecia, który rozłoży się za milion lat. Tak, uważam, że to świetna kara dla każdego kto kupuje jednorazowe reklamówki - sio do kącika kroić i dziergać, aż zrozumiecie, że kupowanie tego badziewia nie ma sensu. Najchętniej zrobiłabym takie stanowisko najlepiej zaraz obok kas w marketach - taki karny reklamówkowy jerzyk.


Lubię kupować

Lubię kupować. Mieć nowe rzeczy. Kupić kolejny wcale niepotrzebny wełniany sweter. Kolejny niepotrzebny kubek, który i tak prędzej czy później nie przeżyje spotkania z nowymi płytkami na podłodze w kuchni i nie do końca ogarniającymi czucie w dłoniach nadgarstkami. Tak sobie rozkminiam, przez długie godziny w pracy, że przecież ja ratuję te ubrania z second handu, te kubeczki, te wszystkie nowe używane rzeczy od zmarnowania - co one by zrobiły beze mnie skoro nikt inny nie zobaczył w nich potencjału? No zmarnowałyby się na wysypisku albo poszły na przemiał. Ratuję od zmarnowanie też okazje cenowe - no powiedzcie sami, nie można przecież zmarnować takiej okazji jak kaszmirowy sweter za 2 złote, czyż nie? Tu trzeba godność człowieka ratować, że tego swetra nie zauważył wcześniej. 
Ale o czym to ja . . . aha, wracając do kubków. A potem oprócz tłuczenia - lubię wyrzucać. Co jakiś czas pozbywać się niepotrzebnych rzeczy zaśmiecających mój dom. Ubrań, w których nie chodzę. Nie lubię tracić czasu na robienie im zdjęć, mierzenie i wystawianie ich na aukcje. Wolę zrobić paczkę z przypiętą kartką i położyć koło śmietnika w dniu kiedy nie pada. Czasem nawet czuję się winna, że to robię i nie pomaga myśl, że przecież wszystko było kupione w second handzie za grosze. Bo przecież zewsząd słyszę

Nie wyrzucaj, miej umiar

Nie wyrzucaj - przerabiaj. To coś jak przerobiona wersja nie kupuj - adoptuj. O ile w w tym drugim sloganie można znaleźć nawet w odpowiednich okolicznościach trochę racji, w ten pierwszy często wątpię.
Nie wiem czy trafiam ciągle na złe strony w sieci, albo jakoś źle to robię grzebiąc po Instagramie, że widzę w kółko powtarzane jak mantra #niewyrzucaj, #przerabiaj, #niekupuj, #miejumiar.
Zaraz potem na tych samych profilach nie wiedzieć dlaczego oglądam nowe roślinki, odpakowywanie kolejnej w tym tygodniu paczki-prezentu od znanych marek, pokazywanie nowych filiżanek i lampek w pokoju. I w gruncie rzeczy nawet to rozumiem, bo (patrz wyżej).

Co ma do tego szycie?

O tym następnym razem. Obiecuję, że nie za 3 miesiące.

Czy minimalizm kłóci się z zero waste?

Właśnie w związku z powyższym uważam, że minimalizm stoi w opozycji do zero waste
Czasem naprawdę mam ochotę wyrzucić te wszystkie stare szmaty, graty i inne niepotrzebne badziewia kolekcjonowane przez lata i zacząć od początku z lżejszym mieszkaniem i głową. Problem w tym, że nie wolno, że nie można, że trzeba sprzedać, oddać potrzebującym, o zgrozo przerobić albo naprawić. Problem w tym, że brakuje na to czasu i przede wszystkim ochoty. Rozumiem, że czasem warto naprawić coś zamiast wyrzucić, ale żeby obsesyjnie reperować wszystko tylko po to żeby móc powiedzieć, że się nic nie wyrzuca? Tak jakby czas poświęcony na te niezbędne naprawy niepotrzebnych rzeczy nic nie był wart. 


Koniec końców wydziergałam koszyk z pociętych reklamówek. Teraz za każdym razem kiedy wydam te 8 groszy na nie potrzebną plastikową reklamówkę, myślę sobie, że przecież przyda się na koszyk! Nie zmarnuje się! Z koszykiem co prawda nie mam pojęcia co zrobić, ale może będzie na . . . plastikowe reklamówki?



* dla tych co nie znaju, tytuł posta nawiązuje do znanego przerabiacza ciuchowych śmieci - zero waste daniel

30 września 2017

KATOWICE TATTOO KONWENT 2017



Co ja tam robiłam?

Pewnie się zastanawiacie o co chodzi, co oprócz igieł tatuaże mają wspólnego z szyciem? Mogłabym wymyślić tu parę mniej lub bardziej błyskotliwych wytłumaczeń i pewnie byłoby to jak najbardziej na miejscu, ale pozwolę sobie się od tego powstrzymać. 

Prawda jest prosta i dość okrutnie przyziemna. Staram się jakoś wskrzesić bloga, wrócić do regularnego robienia zdjęć, pisania i publikowania. Na bieżąco obrabiać zdjęcia tak, żeby nie zapomnieć z jakiego przepisu był pieczony chleb, który niespodziewanie znajduję na karcie pamięci na fotkach...sprzed miesiąca.

Wiele postów kurzy się w roboczych, czekając na jutro, które nie nadchodzi

Nie mogliście tego usłyszeć, ale jeden z potencjalnie bardzo dobrych gorzko teraz zapłakał myśląc o sławie, której być może nigdy nie zazna - a przecież mógłby! A ty dziewczyno zamiast ciężko pracować na ilość wyświetleń bloga, zdjęcia robić i redagować coraz bardziej błyskotliwe teksty włóczysz się tylko w niepotrzebne miejsca*.

W ostatnim czasie poza pracą nie pozostaje mi wiele czasu na życie, więc kiedy przyszła okazja (i siła i ochota) na obejrzenie czegoś innego niż ścian sypialni i zakładu pracy nie wahałam się zbyt długo. Kupiłam bilet i oto melduję, że byłam na Katowice tattoo konwent, który akurat był w weekend i (oprócz jednego stoiska z nerkami, którego i tak nie ma na zdjęciach) nie ma nic wspólnego z szyciem. Sorry.


A szycie?

A propos szycia, bo to blog o szyciu podobno, zaczęłam ostatnio sukienkę (możecie podejrzeć tu) i szło mi całkiem nieźle, powiedziałabym nawet, że gnałam siłą rozpędu. Zrobiło się gorzej kiedy się zatrzymałam. Nagle cała wizja i pomysł mi zbrzydły, straciły sens a tkanina zakurzyła. Nie wiem co jest ze mną i z moim szyciem nie tak, że tak się dzieje. Czy to możliwe, że mam do tego aż tak mało motywacji? Przecież kiedy siedzę** kolejną godzinę w pracy to o szyciu myśli mi się świetnie.


sewing tattoo


* do roboty i z powrotem
** ha, ha, ha

9 sierpnia 2017

WSPÓLNE UWALNIANIE TKANIN / sierpień 2017


Kolejny początek miesiąca - kolejnego, w którym będzie wiele okazji do uwolnienia tkanin z Waszych szaf / łóżek / lodówek. 


W poprzednich miesiącach jak na okres wakacyjny i zmniejszoną motywację do siedzenia przy maszynach w dusznych pokojach - pięknie Wam poszło - gratulacje!

Linki dodajemy przez miesiąc - linki do postów, w których pokazujecie rzeczy uszyte z zalegających tkanin od początku roku 2017 (jeśli nie braliście udziału w akcji wcześniej) lub od początku lipca do końca lipca.

Pamiętajcie, że będzie miło gdy odwiedzicie się nawzajem na blogu i zostawicie komentarza a może przy okazji się zainspirujecie?

2 sierpnia 2017

UWALNIAM TKANINY - DLA PSA WYPRAWKA





Czego chce ten pies?

Nigdy nie miałam psa więc w sumie nie wiedziałam czego taki pies potrzebuje. Trochę poczytałam i okazało się, że potrzebuje bazy, czyli miejsca gdzie może znosić wszystkie znalezione w mieszkaniu rzeczy, które niekoniecznie w bazie powinny się znaleźć a już na pewno do psa nie należą. Na początku uszyłam na szybko poduszkę i poszewkę - naprawdę na szybko, kończyłam ją 5 minut przed przyjazdem psa. Jeszcze tego samego dnia została ochrzczona - niestety dosłownie.
Niekoniecznie też zaakceptował kocie legowisko, albo zaakceptował je aż za bardzo. Poskutkowało to rozdrapaniem dna i wygryzieniem z wnętrza gąbki. Pies jak widać nie popiera nurtu zerowaste i jak uzna, że coś się nie nada to zamiast naprawiać to sprawi, że to już naprawdę się już nie nada. Nie jestem aż tak zdesperowana/zaangażowana w zerowaste żeby je naprawiać, co zupełnie nie przeszkadza w tym, że legowisko bez serca nadal leży w mieszkaniu.
W sumie taki pies morderca okazuje się bardzo przydatny jeśli chodzi o kwestię pozbywania się starych/niepotrzebnych rzeczy. Jeśli coś się pałęta w zasięgu jego paszczy, jest więcej niż 100 procent pewności, że to nie przetrwa.

Pies szczęśliwy i portfel cały.

Wygrzebałam z zapasów kupioną kiedyś niewiadomopoco poszewkę z fajnym wzorkiem w sam raz na kocyk dla psa/kota/dziergacza. Dobrałam jeszcze parę innych resztek, których oczywiście się nie wyrzuca, bo się przydadzą, pozostałych po szyciu innych cudów, których na blogu jeszcze nie było. Tu wspominałam dlaczego. Udało mi się wreszcie samej dołączyć do uwalniania tkanin - już nie ma marudzenia, że namawiam a sama nic nie szyję! 
Kocyk był już prany milion razy (ciekawe czemu, co?) i trzymie się całkiem nieźle. 

Wypełnienie to pocięty stary (chyba z 30-sto letni :D) śpiwór z zepsutym zamkiem. Spód podszyty szarą bawełną - resztkami z tej pościeli. Szczerze powiedziawszy nie dokupowałam NIC na ten kocyk. Wszystko z zapasów.

Lada dzień pojawi się sierpniowe uwalnianie tkanin - pochwalcie się kogo uszczęśliwiliście pozbywając się zalegających w szafie tkanin?






6 lipca 2017

WSPÓLNE UWALNIANIE TKANIN / lipiec 2017


Kolejny początek miesiąca - kolejnego, w którym będzie wiele okazji do uwolnienia tkanin z Waszych szaf / łóżek / lodówek. 


W poprzednich miesiącach jak na okres wakacyjny i zmniejszoną motywację do siedzenia przy maszynach w dusznych pokojach - pięknie Wam poszło - gratulacje!

Mnie nie poszło już tak pięknie. Miałam sporo planów, nawet uszyłam kilka rzeczy z tkanin wegetujących do tej pory w szafie. Ba! Mam nawet zdjęcia. Niestety nie obrobione. Kabel od myszy przegrał w starciu z dzikim psem z lasu. Really.

Linki dodajemy przez miesiąc - linki do postów, w których pokazujecie rzeczy uszyte z zalegających tkanin od początku roku 2017 (jeśli nie braliście udziału w akcji wcześniej) lub od początku lipca do końca lipca.

Pamiętajcie, że będzie miło gdy odwiedzicie się nawzajem na blogu i zostawicie komentarza a może przy okazji się zainspirujecie?

1 czerwca 2017

WSPÓLNE UWALNIANIE TKANIN / czerwiec 2017


Kolejny początek miesiąca - kolejnego, w którym będzie wiele okazji do uwolnienia tkanin z Waszych szaf / łóżek / lodówek. 


W poprzednich miesiącach pięknie Wam poszło - gratulacje!

Linki dodajemy przez miesiąc - linki do postów, w których pokazujecie rzeczy uszyte z zalegających tkanin od początku roku 2017 do końca czerwca.

Pamiętajcie, że będzie miło gdy odwiedzicie się nawzajem na blogu i zostawicie komentarza a może przy okazji się zainspirujecie?

21 maja 2017

PO CO TO KUPIŁAM? #2 - SZYJ, AŻ USZYJESZ!



Nieczęsto niestety zdarza mi się kupić coś do przeróbki i od razu, najlepiej tego samego dnia, tę przeróbkę zrealizować lub choćby zacząć. 

Ten sam problem zauważyła pomysłodawczyni akcji Po co to kupiłam? Joanka-Z, budząc się pewnego dnia ze stertą rzeczy do przerobienia, których nie sposób było nie kupić, bo a) takie ładne, b) takie tanie, c) takie ładne i tanie, d) bo ktoś inny kupi a tak być nie może, bo to takie ładne i tanie. Niestety przemierzając bezkresy wieszaków w second hand jesteśmy bezustannie narażeni na spotkanie tanich i ładnych dawców idealnie nadających się do...no do różnych przeróbek.

Postanowiłam wziąć sprawy ubrania/poszewki w swoje ręce i zająć się tym problemem na poważnie.  

W takim przypadku kiedy już nie ma mowy, że nie kupię, choćbym miała jeść suchy chleb (którego jedzenie mi nie służy) i popijać wodą do końca miesiąca i kupię, to staram się przestrzegać pewnych zasad. Tak sobie mówię i staram się w to wierzyć, więc skoro ja mogę to i Wy uwierzcie:

W 4 krokach od zakupu dawcy do gotowej rzeczy 
- jak szybko zrealizować przeróbkę i nie mnożyć UFO


1. Pranie
Piorę dawcę od razu po powrocie z zakupów do domu.
Czasem pomijam punkt pierwszy. Znacząco ułatwia to sprawę, bo nie oszukujmy się, jak coś wisi na suszarce w łazience, to zdejmę to najwcześniej przy następnym praniu lub ewentualnie rano kiedy nie będzie mi się chciało iść po coś do ubrania a to z suszarki jest na wyciągnięcie ręki i daje radę**.
**Eureka! Odkryłam przyczynę dla, której chodzę co 2 tydzień w tych samych ubraniach.

2. Krojenie i szycie
Po powrocie do domu z nową zdobyczą od razu zabieram się do jej oprawiania. Muszę się śpieszyć zanim ostygnie zapał. Od razu, to znaczy zanim uda mi się usiąść przed laptopem na krześle, do którego tyłek magicznie przykleja się tak, że nie da się już wstać.


3. Szyj szybko i dobrze
Zasada, która według mnie powinna w miarę możliwości towarzyszyć przy każdej szyciowej twórczości - szyj, aż uszyjesz. Nawet jeśli w trakcie tracę zapał (tak, bywa, że zdarza się to aż tak szybko) bo efekty nie do końca są takie jak sobie wymarzyłam. Dlatego często staram się skupiać na rzeczach stricte użytkowych takich jak pościel, faruchy, pokrowce, narzuty czyli takich, których potrzebuję i staram się je wykonać możliwie jak najlepiej i jak najszybciej.

4. Pranie

Nie oszukujmy się, że najpierw uprałam a potem przerabiałam. Oczekiwanie na wyschnięcie a co za tym idzie bezsensowne i ryzykowne wydłużanie czasu pomiędzy zakupem i realizacją pomysłu na przeróbkę znacznie zmniejszają prawdopodobieństwo finalizacji projektu. Także uszyte rzeczy grzecznie pierzemy po uszyciu, żeby zachować higienę. Potem suszymy i prasujemy do zdjęć.

 Voilà, przeróbka gotowa!




Po co to kupiłam?
W tym przypadku kupiłam 1 bawełnianą poszewkę w kwiatowo-ptasi wzór i 1 dużą szarą bawełnianą poszwę z zamiarem uszycia pasujących do siebie poszewek na poduszki i jaśki. Pojawił się pomysł na pseudo patchwork na froncie, żeby do maksimum wykorzystać wzorzystą tkaninę.

Za ile i kiedy kupiłam?
Jak zwykle w nieocenionej skarbnicy second hand. Całkiem niedawno, za ok. 6zł za wszystko na przecenie.

Co z tego ostatecznie powstało?

Jak na załączonym obrazku, z dumą oświadczam, że powstało dokładnie to co powstać miało, czyli dwie poszewki na jaśki i dwie poszewki na duże poduszki. W dość krótkim czasie od zakupu dawców. Jestem bardzo zadowolona, że udało mi się ten plan zrealizować.


Moje dokonania w tym temacie: klik

Szczegóły akcji PO CO TO KUPIŁAMklik
Wszystkie wpisy Joanki-Zklik

21 kwietnia 2017

(WIELKANOCNA) BABKA MAJONEZOWA


Bardzo lubię robić zdjęcia i chyba to spowodowało, że dziś pojawia się ten bardzo aktualny wpis.

W niedzielę upiekłam całkiem ładną babkę, zrobiłam zdjęcia, a że zdjęcia robione lustrzanką obiektywem 50mm przy odrobinie wysiłku wychodzą według mnie tak dobrze, że właściwie nie wymagają (poza kadrowaniem) obróbki, były już piękne i przede wszystkim gotowe. Tylko co za pożytek ze zdjęć, które wyszły dobrze a nie będą opublikowane? Głupio publikować same zdjęcia bez tekstu (blog to nie Instagram) a głupio też oszukiwać (tak jakby ktoś na to zwracał uwagę) i publikować na Instagramie zdjęcia zrobione lustrzanką jako zdjęcia zrobione telefonem.

Oprócz uczty dla oczu przygotowałam też przepis na ucztę dla podniebienia - pyszną babkę niekoniecznie Wielkanocną. Robi się ją łatwo, szybko i przyjemnie. Myślę, że nawet szczególnie uzdolnieni będą mieli problem, żeby ją zepsuć. 

Pamiętam kiedy mama dała mi pierwszy raz do spróbowania kawałek wspomnianaejbabki. Szkoda, że nie widzieliście mojej miny, kiedy powiedziała mi, że dodaje do niej słoik majonezu. Majonez jako składnik słodkiego wypieku był dla mnie na początku szokujący, zwłaszcza, że nie spożywam go wcale w normalnych potrawach. Jednak ręczę, że nie musicie się obawiać, po upieczeniu smak majonezu jest bardzo słabo wyczuwalny, za to nadaje babce delikatnie ostry/wytrawny smak i sprawia, że jest wilgotniejsza wewnątrz niż typowa babka piaskowa.


BABKA MAJONEZOWA
(źródło: zeszyt z przepisami mamy)

3/4 szklanki mąki pszennej
3/4 mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki proszku do pieczenia

4 jajka 
170 ml majonezu kieleckiego
niecała szklanka (250 ml) cukru

olejek waniliowy
kakao

Białka ubić na sztywno. Po ubiciu dodać stopniowo cukier. Ubić.
Żółtka ubić do białości, dodać stopniowo majonez, zmiksować.
Białka z cukrem zmiksować z żółtkami z majonezem.
Mąkę pszenną, ziemniaczaną i proszek od pieczenia wymieszać, dodać do masy z białek i żółtek.
Ciasto podzielić na pół, do jednej części dodać kakao.

Piec 50-60 minut w 180 °C


Macie w swoich zeszytach dania z nietypowymi składnikami, pozornie zupełnie nie pasującymi do całej potrawy? Piszcie. linkujcie, chętnie poznam nowe dziwolągi a może nawet spróbuję zrobić?



8 kwietnia 2017

(NIE)ŁADNE KWIATKI - ZAMIOKULKAS




Jest źle, nie jest dobrze - już nawet kwiatki ze mną nie wytrzymują.

Po stanie mojej rośliny możecie się domyślić, że nie jestem ekspertem w temacie. Kompletnie nie przeszkadza to w byciu amatorem zielonego. Wiem za to z internetów, że Zamia i Zamiokulkas to dwie różne rośliny i że posiadanie dużej ilości roślin w mieszkaniu (aż do przesady) to podstawa jeśli chcesz się dziś skutecznie lansować na Instagramie.

Jak nie mieć ładnych kwiatków

Do tej pory mojemu Zamiokulaksowi nie przeszkadzał mój brak kompetencji (tj. dobrych kilka lat) i ładnie rósł. Nic się w sumie nie zmieniło a roślinie się odmieniło i chyba postanowiła umrzeć. Może faktycznie czasem jest ciężko ze mną wytrzymać i mam ze wszystkim problem, ale akurat z tym kwiatkiem nigdy nie miałam, więc zupełni nie rozumiem dlaczego wziął to do siebie. Przecież to podobno żelazna roślina
Okazało się, że bardziej żelazne są inne kwiatki w moim mieszkaniu. Ficus benjamin, dracena, bluszcz a nawet kaktusy ledwo bo ledwo, ale dawały radę bez podlewania i odżywek (wymieniam tak mało, nie dlatego, że tak mało ich mam - mam o wiele więcej dogorywających jeszcze żyjących, ale nie wiem jak się profesjonalnie  nazywają). Te, które wytrwały wykazały się zdolnością przetrwania naprawdę długich okresów suszy.
Bardzo łatwo mi się kupuje wszelkiego rodzaju zielone żyjątka. Problem pojawia się, kiedy już mija pierwsze zauroczenie i przychodzi szara codzienność. Podlewanie, nawożenie, mycie staje się bardzo ciężkimi obowiązkami. Sięgnięcie po butelkę, nalanie wody i jej transport w kierunku doniczki są odkładane w czasie na wieczne nigdy. Nawet nie wspominam o odżywce. W końcu okazuje się, że te dwa dni niepodlewania to dwa tygodnie a na podłodze pod roślinami ścieli się dywan z uschniętych liści. Nie zmienia to faktu, że nadal podtrzymuję, że bardzo lubię rośliny i nie, nie chodzi mi o te suszone. 

W moim starciu z żelazną rośliną, okazało się, że niestety roślina przegrywa, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Wszystko podziało się dość szybko. Możliwe też, że działo się bardzo wolno, tylko nie zwracałam na to uwagi. Liście żółkły i opadały, łodygi usychały, w końcu je ucinałam. Nie miał raczej ani za mokro ani za sucho. A może miał za sucho?Specjalnie go nie nawoziłam, raz na jakiś czas wymieniałam ziemię na nową. Miał drenaż na dnie, miał doniczkę z dziurą (!) i podlewanie do podstawki. Miał cień, nie miał przeciągów, nie miał za zimno.



Jak mieć ładnego Zamiokulkasa

Tak się naczytałam o tych bulwach i innych zamiokulkasach, że dzisiaj śniło mi się, że przesadzałam kwiatki i kroiłam bulwy. Dzień i cała noc przesadzania i krojenia robi swoje więc nie można się dziwić, że zmęczona rano byłam podwójnie.

Mądrości z internetu o Zamiokulkasie:

* stanowisko: cień / półcień, nie w ostrym słońcu
* temperatura: 22 - 25
* podłoże o odczynie kwaśnym lub lekko kwaśnym (pH 5,5-6,5) z dobrym drenażem (np. keramzyt na dnie doniczki z otworem do odprowadzenia wody)
* podlewać odstaną wodą o temp. pokojowej do podstawki, dopiero gdy podłoże przeschnie
* nawozić raz w miesiącu od kwietnia do września
* unikać przeciągów przeciągów
* usuwać stare, żółte pędy bez liści 


Jak to wygląda u Was? Macie jakieś sposoby na regularne dbanie o rośliny i nie zapominanie o nich?A może w ogóle nie lubicie zielonego i babrania się w ziemi?




29 marca 2017

PO CO TO KUPIŁAM #1 - SZTUCZNE FURTO



Nawiązując do świetnej akcji Joanki Z. Po co to kupiłam? (wszystkie wpisy Joanki znajdziecie tu) rozpoczynam serię (ha, ja optymistka!) wpisów poświęconych rozprawieniu się z różnymi dziwnymi zakupami ubraniowo-tkaninowymi. Dodatkowo może zrobię coś z nieskończonymi/nieudanymi rzeczami, których boję się tknąć. I jednych i drugich nie chcę ani wyrzucać ale nie chcę też ich kończyć. Zawieszanie się w próżni i nie podejmowanie żadnej decyzji - w tym jestem świetna, nawet jeśli chodzi o takie drobiazgi. Pamiętam, że całkiem niedawno często miałam taki sen: miałam dużo zwierzątek, szczury, rybki, chomiki. Chowałam je razem z klatkami/akwariami w szafkach i zaniedbywałam. Nie karmiłam, nie czyściłam klatek. Im dłużej to trwało tym bardziej bałam się tam zajrzeć, tym większe wyrzuty sumienia miałam. Podobnie jest z zaczętymi projektami i tkaninami czekającymi na wieczne nigdy. Po jakimś czasie aż strach tam zaglądać, prawda?

W takim razie może lepiej zacznę od czegoś bieżącego, w duchu odważnego rozprawiania się z przeszłością... Co więcej, mam taki plan, specjalnie kupię coś, co szybko przemielę i będzie post bez rozdrapywania ran.

Okazało się, że jednak rozdrapię trochę ranę i zajmę się sztucznym futrem, kupionym kilka dobrych lat temu w second handzie, który już nie istnieje. Futro rozprułam, podszewkę wyrzuciłam. Uszyłam jedną poszewkę na poduszkę a resztę spakowałam w reklamówkę i wsadziłam na szafę, bo przecież takie fajne futro na pewno się do czegoś przyda.


Po co to kupiłam?
Zawsze zadaję sobie to pytanie patrząc na stertę bezsensownych tkaninowych (i nie tylko) zakupów. Kupiłam, żeby przerobić na coś co można uszyć z płaszcza ze sztucznego futra. Coś fajnego i futrzastego, przecież to oczywiste. Co innego można by zrobić z futra jak nie coś futrzastego i fajnego?

Za ile i kiedy kupiłam?
Wieki temu (ok 3 lata) za nie więcej niż 6 zł.

Co z tego ostatecznie powstało?
Jedna poszewka na poduszkę (już chyba dokonała żywota, bo kompletnie nie kojarzę co się z nią stało) i mysz/szczur dla kota. Reszta leży nadal i czeka na lepszy dla siebie czas. Za to kot ma swoją mysz i biega za nią po ścianach za darmo a nie za 10zł ze znanego sklepu z owadem.




Moje dokonania w tym temacie: klik

Szczegóły akcji PO CO TO KUPIŁAMklik
Wszystkie wpisy Joanki-Zklik